Do tej pory kuchnia prawie nigdy nie pojawiała się na zdjęciach, a już absolutnie nie w całości. Dlaczego? Cóż, był to relikt przeszłości, a dokładniej - poprzednich właścicieli mieszkania. Urządzona jak na tamte czasy nowocześnie, ale z czasem przestała spełniać nasze wymagania. Nie, w zasadzie moich nigdy nie spełniała, ale wiadomo - prowizorka zostaje najdłużej.
Kuchnia, a właściwie aneks kuchenny nie jest duży - ma około 4,5 m2. Największe mankamenty poprzedniej wersji? Brak zabudowy pod sufit - marnowało się miejsce i zbierał się kurz. Brak zmywarki - tego chyba nie muszę tłumaczyć. Ogromny stół w kształcie 3/4 koła - zajmował mnóstwo miejsca, a mieścił maksymalnie 4 osoby. O sprzętach sprzed 15 lat nawet nie wspominam.
Gdy zapadła decyzja o remoncie kuchni najpierw udaliśmy się do Ikei. Niestety, biorąc pod uwagę ofertę standardowych wielkości i rozwiązań nie udało nam się zaprojektować wnętrza tak, aby maksymalnie wykorzystać miejsce. Nieco bardziej elastycznie podeszli do nas w Black Red White, ale też niestety nie udało nam się znaleźć idealnego rozwiązania. Korzystaliśmy nawet z usług architekta, ale też mieliśmy odmienną wizję. W końcu za pomocą połączenia kilku projektów doszliśmy do optymalnego układu i wykonanie zleciliśmy lokalnej firmie stolarskiej. Cenowo wyszło podobnie jak w BRW, jakieś 2 razy drożej niż w Ikei.
Priorytety przy planowaniu nowej kuchni? Przede wszystkim zabudowa pod sam sufit. Dużo miejsca do przechowywania, tak aby wszystko maksymalnie pochować i nie ścierać co chwilę kurzu. Zmywarka! I dużo blatu kuchennego. Chociaż nie udało nam się zachować ciągu roboczego, to w końcu mam dużo miejsca do przygotowywania potraw. Zmywanie też jest jakby milsze, kiedy mogę patrzeć za okno, a nie w ścianę.
Zapraszam do mojego nowego królestwa!
Więcej znajdziesz na
środa, 14 sierpnia 2019
wtorek, 30 lipca 2019
Hummus bazyliowy
Jeśli jesteście z Krakowa lub Warszawy i nie znacie Oliwki etc to powinniście to zmienić. Na większych placach handlowych kilka razy w tygodniu wystawiają się ze swoimi pysznościami. To u nich pierwszy raz spróbowałam hummusu bazyliowego. I przepadłam. Moja wersja jest próbą odtworzenia tego smaku.
Składniki:
- ciecierzyca (najlepiej w słoiku, np. z Lidla lub Biedronki)
- garść lisci bazylii
- oliwa z oliwek
- 3 ząbki czosnku
- sól
- pieprz
- pestki dynii
- sok z cytryny
Cóż... wszystkie składniki blendujemy na gładką masę i wcinamy. Ja używam zamiast masła. Ambrozja...
Więcej znajdziesz na
Składniki:
- ciecierzyca (najlepiej w słoiku, np. z Lidla lub Biedronki)
- garść lisci bazylii
- oliwa z oliwek
- 3 ząbki czosnku
- sól
- pieprz
- pestki dynii
- sok z cytryny
Cóż... wszystkie składniki blendujemy na gładką masę i wcinamy. Ja używam zamiast masła. Ambrozja...
Więcej znajdziesz na
wtorek, 16 lipca 2019
American Road Trip - Dolina Śmierci
Z Zionu skierowaliśmy się do Las Vegas. To dobre miejsce na nocleg w drodze, bo hotele są w miarę tanie a atrakcji nie brakuje. Z Vegas z kolei pojechaliśmy ponownie do Kalifornii przez słynną Dolinę Śmierci.
Dolina Śmierci to najniżej położony obszar na półkuli zachodniej. Znana jest głównie z temperatur, wynoszących nawet do 54 stopni. Panujący tu klimat jest... mroczny. Miejsce jest opuszczone, temperatury zabójcze. Przed wyjazdem miałam obawy, bo naczytaliśmy się o tym, że starsze samochody nie dają rady, wysiadają im chłodnice. Nasze auto było roczniakiem, więc nic się z nim nie działo. Ważne, żeby zatankować go do pełna na ostatniej stacji (od strony Vegas stacja połączona z burdelem (sic!) przed skrętem w lewo). Bo wjeżdżając na drogę do Doliny Śmierci trafiamy w miejsce, gdzie nie ma niczego. Ani stacji, ani sklepów, ani samochodów. I tak około 90 km. W samej Dolinie jest stacja benzynowa, ale ceny są 2 razy zawyżone. I nie zapominajcie o wodzie, nawet krótkie wyjście z samochodu w takich warunkach okupione jest litrem wody.
Moim zdaniem brakuje informacji, że odludna jest nie tyle sama Dolina (tam jednak ciągle są turyści, więc czujemy się bezpiecznie), a bardziej dojazd i wyjazd z niej. Uwierzcie, kiedy przez 100 km nie mijamy żadnego samochodu, nie ma domu, sklepu, niczego, a termometr przypomina, że jesteśmy na pustyni to jest trochę przerażające.
Ale dla takich widoków - warto!
Więcej o wakacjach w Stanach znajdziesz tu.
Więcej znajdziesz na
Dolina Śmierci to najniżej położony obszar na półkuli zachodniej. Znana jest głównie z temperatur, wynoszących nawet do 54 stopni. Panujący tu klimat jest... mroczny. Miejsce jest opuszczone, temperatury zabójcze. Przed wyjazdem miałam obawy, bo naczytaliśmy się o tym, że starsze samochody nie dają rady, wysiadają im chłodnice. Nasze auto było roczniakiem, więc nic się z nim nie działo. Ważne, żeby zatankować go do pełna na ostatniej stacji (od strony Vegas stacja połączona z burdelem (sic!) przed skrętem w lewo). Bo wjeżdżając na drogę do Doliny Śmierci trafiamy w miejsce, gdzie nie ma niczego. Ani stacji, ani sklepów, ani samochodów. I tak około 90 km. W samej Dolinie jest stacja benzynowa, ale ceny są 2 razy zawyżone. I nie zapominajcie o wodzie, nawet krótkie wyjście z samochodu w takich warunkach okupione jest litrem wody.
Moim zdaniem brakuje informacji, że odludna jest nie tyle sama Dolina (tam jednak ciągle są turyści, więc czujemy się bezpiecznie), a bardziej dojazd i wyjazd z niej. Uwierzcie, kiedy przez 100 km nie mijamy żadnego samochodu, nie ma domu, sklepu, niczego, a termometr przypomina, że jesteśmy na pustyni to jest trochę przerażające.
Ale dla takich widoków - warto!
Więcej o wakacjach w Stanach znajdziesz tu.
Więcej znajdziesz na
niedziela, 30 czerwca 2019
Duszone warzywa
Doskonały dodatek do obiadu, ale również w wersji solo.
Składniki:
- mała cukinia
- połowa czerwonej papryki
- 0,5 kg pieczarek
- łyżeczka masła
Na patelni rozpuszczamy masło. Dodajemy pokrojone w cienkie plasterki pieczarki, cukinię i paprykę. Dusimy na małym ogniu ok. 10 minut.
Więcej znajdziesz na
Składniki:
- mała cukinia
- połowa czerwonej papryki
- 0,5 kg pieczarek
- łyżeczka masła
Na patelni rozpuszczamy masło. Dodajemy pokrojone w cienkie plasterki pieczarki, cukinię i paprykę. Dusimy na małym ogniu ok. 10 minut.
Więcej znajdziesz na
czwartek, 23 maja 2019
Japan Trip #4 - 3 dni w Kioto
Dzień 1
Do Kioto docieramy Shinkansenem. To już atrakcja sama w sobie;). Po zameldowaniu się w hotelu ruszamy w stronę Fushimi Inari - słynnego kompleksu świątyń położonego na zboczu góry. Ścieżka wzdłuż bram Tori to widok dobrze znany z pocztówek, jeden z symboli Kioto. Wejście na sam szczyt to około godziny (szybkim tempem), ale warto. Po powrocie do centrum zwiedzamy wieczorem Gion - dzielnicę Gejsz i urokliwych świątyń.
Dzień 2
Spacerem idziemy na targ rybny Nishiki. Jest mniejszy niż ten w Tokio, ale równie fajny. Po przekaszeniu małego co nieco ruszamy w stronę zamku Samuraja - Nijo. To jedno z polecanych miejsc w Kioto, na mnie zrobiło umiarkowane wrażenie, ale może się nie znam. Albo nie odpowiada mi styl panujący w japońskich muzeach i zamkach - to po prostu pokoje. Puste sale. Nie ma tam żadnego wyposażenia, więc musimy polegać na własnej wyobraźni. Mnie to akurat średnio pasuje. Stamtąd wybraliśmy się do Pałacu Cesarskiego, który niestety okazał się w tych dniach zamknięty. Pozostała nam zatem Ścieżka Filozofów, trakt, który zaczyna się od Ginkaku-ji (Srebrnego Pawilonu) i wiedzie wzdłuż małych świątyń. Wieczorem wybraliśmy się na dworzec. To jeden z najładniejszych dworców, więc warto go zobaczyć.
Dzień 3
To bardzo intensywny dzień, który zaczęliśmy od wycieczki do Bambusowego Lasu na przedmieściach Kioto. To miejsce lubiane przez filmowców, moim zdaniem trochę przereklamowane. Ale ładne. Z lasu pojechaliśmy do Kinkaku-ji (Złotego Pawilonu) - to zdecydowanie widok, który robi wrażenie. Niedaleko znajduje się świątynia Ryoan-ji, do odwiedzenia której zachęcają przewodniki że względu na ogród Zen. Cóż, minimalizm jest w cenie, ale nazywanie tego ogrodem to przesada, jeśli go nie odwiedzicie to dużo nie stracicie. Tym bardziej, że w tłumie turystów trudno o Zen... Za to świątynia Kyiomizu-Dera, do której udaliśmy się później naprawdę robi wrażenie.
Do Kioto docieramy Shinkansenem. To już atrakcja sama w sobie;). Po zameldowaniu się w hotelu ruszamy w stronę Fushimi Inari - słynnego kompleksu świątyń położonego na zboczu góry. Ścieżka wzdłuż bram Tori to widok dobrze znany z pocztówek, jeden z symboli Kioto. Wejście na sam szczyt to około godziny (szybkim tempem), ale warto. Po powrocie do centrum zwiedzamy wieczorem Gion - dzielnicę Gejsz i urokliwych świątyń.
Dzień 2
Spacerem idziemy na targ rybny Nishiki. Jest mniejszy niż ten w Tokio, ale równie fajny. Po przekaszeniu małego co nieco ruszamy w stronę zamku Samuraja - Nijo. To jedno z polecanych miejsc w Kioto, na mnie zrobiło umiarkowane wrażenie, ale może się nie znam. Albo nie odpowiada mi styl panujący w japońskich muzeach i zamkach - to po prostu pokoje. Puste sale. Nie ma tam żadnego wyposażenia, więc musimy polegać na własnej wyobraźni. Mnie to akurat średnio pasuje. Stamtąd wybraliśmy się do Pałacu Cesarskiego, który niestety okazał się w tych dniach zamknięty. Pozostała nam zatem Ścieżka Filozofów, trakt, który zaczyna się od Ginkaku-ji (Srebrnego Pawilonu) i wiedzie wzdłuż małych świątyń. Wieczorem wybraliśmy się na dworzec. To jeden z najładniejszych dworców, więc warto go zobaczyć.
Dzień 3
To bardzo intensywny dzień, który zaczęliśmy od wycieczki do Bambusowego Lasu na przedmieściach Kioto. To miejsce lubiane przez filmowców, moim zdaniem trochę przereklamowane. Ale ładne. Z lasu pojechaliśmy do Kinkaku-ji (Złotego Pawilonu) - to zdecydowanie widok, który robi wrażenie. Niedaleko znajduje się świątynia Ryoan-ji, do odwiedzenia której zachęcają przewodniki że względu na ogród Zen. Cóż, minimalizm jest w cenie, ale nazywanie tego ogrodem to przesada, jeśli go nie odwiedzicie to dużo nie stracicie. Tym bardziej, że w tłumie turystów trudno o Zen... Za to świątynia Kyiomizu-Dera, do której udaliśmy się później naprawdę robi wrażenie.
poniedziałek, 13 maja 2019
Burgery z indykiem i pesto
Dziś mam dla Was przepis zainspirowany burgerem z jednego z krakowskich foodtruckow. Połączenie indyka i pesto bardzo zapadło mi w pamięć.
Składniki:
- sznycle z piersi indyka
- bułki (ja użyłam ciabatty)
- pesto
- rukola
- pomidor
- czerwona cebula
- majonez
- keczup
- ser żółty
- zioła prowansalskie
- maślanka
Dzień wcześniej sznycle zamarynowałam w maślance - nie jest to konieczne, ale dzięki temu mięso nie wysuszy się w trakcie smażenia czy pieczenia. Następnie przyprawiłam je ziołami i usmażyłam. Przekrojone bułki podgrzałam w opiekaczu, posmarowałam pesto. Na to polożyłam rukolę, mięso, plastry pomidora, czerwoną cebulę, ser żółty. Górna część posmarowałam keczupem i majonezem. Smacznego!
Więcej znajdziesz na
Składniki:
- sznycle z piersi indyka
- bułki (ja użyłam ciabatty)
- pesto
- rukola
- pomidor
- czerwona cebula
- majonez
- keczup
- ser żółty
- zioła prowansalskie
- maślanka
Dzień wcześniej sznycle zamarynowałam w maślance - nie jest to konieczne, ale dzięki temu mięso nie wysuszy się w trakcie smażenia czy pieczenia. Następnie przyprawiłam je ziołami i usmażyłam. Przekrojone bułki podgrzałam w opiekaczu, posmarowałam pesto. Na to polożyłam rukolę, mięso, plastry pomidora, czerwoną cebulę, ser żółty. Górna część posmarowałam keczupem i majonezem. Smacznego!
Więcej znajdziesz na
niedziela, 5 maja 2019
Tarta z kaszy jaglanej
W mojej kuchni ostatnio gości coraz więcej kasz. Tu, w wersji tarty, stanowi zdrową i zdecydowanie mniej kaloryczną opcję niż ta tradycyjna, na kruchym cieście.
Składniki:
- 200 g kaszy jaglanej
- 2 jajka
- sól
- pieprz
- zioła prowansalskie
- 3 ząbki czosnku
- 5 plasterków szynki parmeńskiej
- brokuł
- duży jogurt (najlepiej grecki)
- mozarella
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Kaszę jaglaną gotujemy w osolonej wodzie przez 15 min. Odcedzamy, mieszamy z 1 jajkiem i wykładamy "ciastem" formę do tarty. Podpiekamy 15 min. W międzyczasie gotujemy brokuła. Wyciągamy spód z piekarnika i układamy na nim szynkę, brokuła. Jogurt mieszamy z jajkiem, dodajemy przeciśnięty czosnek i zioła, mieszamy i zalewamy tartę. Na wierzchu układamy pokrojoną cienko mozarellę i zapiekamy w piekarniku kolejne 15 min.
Więcej znajdziesz na
Składniki:
- 200 g kaszy jaglanej
- 2 jajka
- sól
- pieprz
- zioła prowansalskie
- 3 ząbki czosnku
- 5 plasterków szynki parmeńskiej
- brokuł
- duży jogurt (najlepiej grecki)
- mozarella
Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Kaszę jaglaną gotujemy w osolonej wodzie przez 15 min. Odcedzamy, mieszamy z 1 jajkiem i wykładamy "ciastem" formę do tarty. Podpiekamy 15 min. W międzyczasie gotujemy brokuła. Wyciągamy spód z piekarnika i układamy na nim szynkę, brokuła. Jogurt mieszamy z jajkiem, dodajemy przeciśnięty czosnek i zioła, mieszamy i zalewamy tartę. Na wierzchu układamy pokrojoną cienko mozarellę i zapiekamy w piekarniku kolejne 15 min.
Więcej znajdziesz na
Subskrybuj:
Posty (Atom)

